Notatki z linii frontu

Notatki z linii frontu

Nam strzelać nie kazano – wstąpiłem na czoło:

– Drodzy, nastąpiła chwila, w której musimy pokazać, na co nas stać, z jakiej gliny jesteśmy ulepieni i te pe. Do tej chwili przygotowywaliśmy się kilka lat, choć nie wszyscy o tym wiedzieliście. Nie będzie łatwo, wielu z nas nie doczeka ziemi obiecanej, ale taka jest cena postępu. Chciałem z wami porozmawiać o tym, że…
Nagle zauważyłem coś na kształt fali meksykańskiej, idącej od końca pomieszczenia w moją stronę. Gdzieniegdzie dochodził stłumiony krzyk:
– Grupówki, ale tylko dla pierwszych dziesięciu procent! W Indiach już dostali informacje godzinę temu!
Specyficzny swąd niespełnionych ambicji i przeszacowanych oczekiwań czuć było w powietrzu jak napalm w Wietnamie. Wypuścili mejla za wcześnie – pomyślałem. Znowu nie doceniłem siły plotki.

Pokój, na początku wypełniony przez kilkuset wiernych padawanów, pustoszał z każdą sekundą. Mój wierny zespół, odpowiednio zaprawiony w bojach i zmotywowany do działania, przynosił coraz to straszniejsze wieści:
– Komendancie, Dywizja B leci po krzywej Kübler-Ross jak szalona. Jeżeli nie zwolnią, nie ręczą za efekty.
Wyszedłem na korytarz. Po lewej stronie niedobitki z dywizji kadrowej jęczały:
– My tylko status quo, proszę, tylko quo… quooo… quooo…
Popatrzyłem na nich z niezrozumieniem – to przecież oni mieli stać w odwodzie na wypadek niedomówień, kierować maruderów do małych pokoi i zadawać setki otwartych, niemających sensu pytań, np. „Jesteś na dnie ogromnej kaczki szpitalnej, za dziesięć minut pacjent skończy śniadanie – co robisz?”, tym samym kupując nam czas.
Usłyszałem krzyk kierownika liniowego:
– Tracimy ich, całe departamenty! ADKAR, budujcie ADKAR, na miłość boską! – W oczach miał iskry obłędu, ręce spocone jak kowal wykuwający pas cnoty. Muszę coś z nim zrobić, zanim dostanie ataku szału!

– Te, nowy – zwróciłem się do najmłodszego członka mojego zespołu, który jeszcze miesiąc temu bronił się w akcji pod uniwersytetem. – Po twojej prawej stronie jest nieużywany kanał komunikacyjny, skocz po Kurta Lewina, może się wreszcie na coś przydasz.
– Z całym szacunkiem, sensei, Lewin tu się nie przyda, mam coś lepszego: 5I– przerabialiśmy to na czwartym roku, w sumie to dla mnie był siódmy rok, bo się nie śpieszyłem, ale…
– Nieważny kontekst, źrebaku, do puenty – krzyknąłem.
– No, chodzi o to, żeby na środowisko oddziaływać nie bezpośrednio, ale pośrednio, na przykład przez infrastrukturę…
Przestałem go słuchać, akademicki bełkot na polu walki to ostatnie, czego chcę w tej chwili. Zerknąłem na telefon, mój LinkedIn świecił się na czerwono od powiadomień: to Dywizja A grupowo zaktualizowała profile. Łowcy głów z konkurencji tylko czekali na ten sygnał. Teraz, spuszczeni ze smyczy jak wściekłe psy, trzymając w zębach gotowe umowy lojalnościowe, podchodzili do naszych ASÓW!

Następne powiadomienia mówiły mi, że wyżej postawieni w łańcuchu pokarmowym zaczęli się niepokoić i naciskać na mój zespół do zadań specjalnych. Ktoś rzucił:
– Z prawej flanki nadciąga grupa cwaniaków z McK, z ich słynnym 7s. Myślą, że nie wiemy, o co im chodzi. Chcą nam podprowadzić projekt!
Chyba czas uruchomić Kottera, nasz święty granat ręczny z Antiochii – tylko specjalista tej wagi jest w stanie przechylić szalę na naszą korzyść. Na szczęście mieliśmy już za sobą doświadczenia z pingwinami, szok poznawczy nie ma prawa zaistnieć.
Nagle mnie olśniło, zrozumiałem już, co się stało. Nie doceniliśmy krzywej adopcji, wykończyli nas wcześni zwolennicy, którzy zmienili się w guzdrały. Nie przewidziałem…
– Zespół! – krzyknąłem. – Pamiętacie tego… no… Little’a?
– Dolittle’a? Nie, ten od zwierząt był, chociaż co to za różnica… – Marek nigdy nie umiał trzymać języka za zębami.
Jasona Little’a. On załatwiał takie rzeczy przez kanwę, iteracje i eksperymenty.
– Teraz mi to mówisz? Jakie ekskrementy? Jakie irytacje? Ja tu tracę ludzi tak szybko jak Mike Tyson komórki mózgowe! – krzyknął ktoś z rogu sali. Okazało się, że był to dowódca zespołów frontowych. W siedemdziesięciu pięciu procentach byli już u konkurencji.

– Przygotowaliście PDCA? – wtrącił się Jacek. – Co wy robiliście w tym pokoju przez ostatnie trzy miesiące? – zaskowytał.
To już chyba koniec, pole walki pustoszało. Mój budowany latami zespół ds. specjalnej troski zaczynał mnie opuszczać. Z tyłu głowy diabeł podpowiadał mi jeszcze jedną opcję: a może wrócić do starego, dobrego przełamywania oporu siłą? Na co mi te wszystkie zwinne… eh!
A może DICE, sam już nie wiem… Tyle myśli, tyle problemów, możliwych rozwiązań, ale zaraz, zaraz… Przecież nie rozmawiałem z dowództwem o tym, co ze mną będzie, jak to wszystko się skończy.
Nagle poczułem wibrowanie komórki w kieszeni. To znowu LinkedIn – konkurencja zaprasza na rozmowę. Ciekawe benefity, samochód… Może warto rozważyć w tej sytuacji? Jak wyjdzie ten bajzel, moja cena na rynku przecież spadnie…

 

Kapitan Zła Zmiana
RIP 11.07.2018

 


 

Jeżeli nie wiesz, o co chodzi w powyższym sprawozdaniu z akcji zaczepno-obronnej, nie chcesz być kapitanem ZZ i chcesz dowiedzieć się więcej o tym jak sprawnie wprowadzać zmiany i transformacje w twojej organizacji -zapraszam cię na cykl artykułów o zarządzaniu zmianą.

Dowiesz się z nich, co to jest ten mityczny ADKAR, dlaczego Kotter ratuje życie, jak zjechać po Kübler-Ross i nie wylądować na końcu krzywej adopcji oraz wiele innych!

Zarządzanie zmianą to ciekawy temat, w Polsce dopiero raczkujący – dzięki wiedzy, którą tutaj posiądziesz, będziesz wiedział, jak komunikować zmianę, czego się spodziewać w trakcie, jak się przygotować, by opór pracowników był minimalny, a oni czuli się zaangażowani.